Książka z Krakowem w tle

Miasto cieni to ostatnia książka, jaką zdążyłam nabyć w mojej ulubionej księgarni, zanim ją zamknięto. Tytuł idealnie w temacie – rzuca długi cień na Kraków Miasto Literatury UNESCO. więcej >>


onibe.wordpress.com – „Miasto cieni” Łukasz Tylek – recenzja książki

Niewielka jest wiara ludzi we własny gatunek, skoro z tak wielkim zaangażowaniem wieszczą zagładę własnej cywilizacji. Tematy apokaliptyczne stały się już swego rodzaju kulturowym evergreenem: nie ulegają modom (acz mody im sporadycznie pomagają), nie tracą fanów, nie znikają z horyzontu, chyba że na krótką chwilę. Łukasz Tylek, dla którego Miasto cieni jest debiutem, ma do opowiedzenia własną historię tego typu. Nie jest to klasyczne post-apo, właściwie to punktem stycznym z podgatunkiem jest niemal wyłącznie usytuowanie wydarzeń w dość odległej przyszłości, po ostatniej i najbardziej skutecznej wojnie światowej. Łukasz podążył ścieżką atechnologiczną, wymazując zaawansowane wynalazki z mocno doświadczonej przez katastrofy Ziemi i wkładając w dłonie niedobitków miecze, a przemysł opierając na parze i sile mięśni. Jak widać, zagłada nie okazała się być aż tak skutecznym katharsis dla ludzkości: przetrwało ją, między innymi, siedem miast. Jednym z nich jest Kraków, do którego przenosimy się już na pierwszych stronicach książki. więcej >>


Słów kilka o psie :) (mały spojler)

   W kolejnej książce pojawią się nowi bohaterowie, ale jeden odegra bardzo ważną rolę – będzie to pies, a dokładniej wilczarz irlandzki (irish wolfhound). Chciałbym bliżej przedstawić tą wspaniałą rasę. Te kudłate olbrzymy nazywano też czasem, zwłaszcza dawniej, (wielkimi) chartami irlandzkimi (irish greyhound) lub irlandzkimi psami na wilki (irish wolf dog). Przed powstaniem dokładnej klasyfikacji ras jaką znamy dzisiaj, nazwy psów odnosiły się do ich przeznaczenia, zwłaszcza jeśli chodziło o psy myśliwskie. I tak na przykład deerhound (chart szkocki) odnosił się do psów polujących na jelenie (lub raczej uczestniczących w polowaniach na te zwierzęta), otterhoundy polowały na wydry, foxhoundy na lisy, a wolfhoundy na wilki. Zdarzało się, że gdy daną rasę zaczęto wykorzystywać do polowań na inne zwierzęta, to zmieniała się ich nazwa odnosząca się do „nowej” zwierzyny łownej. Wracając do naszego wilczarza irlandzkiego, na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że nie ma w nim nic niezwykłego, ot duży, kudłaty i niejeden stwierdzi, że brzydki pies. Ale jego historia jest niezwykle ciekawa. Wywodzi się z rasy chartów należącej do najstarszych ras psów. Osobniki, które wyglądem przypominały wilczarze obserwowano już ponad 3500 lat temu. Oficjalne opisy sięgają początków imperium rzymskiego (trochę wcześniej w irlandzkich podaniach). Przedstawiały one potężne, gładko lub szorstkowłose psy, które nie miały sobie równych pod względem odwagi, zwinności, siły, szybkości, wytrzymałości i w końcu inteligencji. Psy te wykorzystywane były do polowania na duże zwierzęta jak jelenie, dziki i właśnie wilki (głównie). Rzymscy emisariusze byli pod wielkim wrażeniem i wilczarze zaczęły wędrować z nimi do Rzymu i rozprzestrzeniać się na tereny objęte rzymskim panowaniem. Stały się darami dla władców i oznaką ich potęgi. Pies zyskiwał coraz większą sławę, która miała też swoją wadę. Przez wieki najlepsze osobniki wywożono z Irlandii nie zastanawiając się nad ich przyszłością i nie dbając o przedłużanie „czystości” rasy. W związku z malejącą ilością wilków w Irlandii (ostatni wilk został ponoć zabity na początku XVII wieku) i samych wilczarzy, psy te stanęły nad przepaścią całkowitego wyginięcia w XVIII wieku (według niektórych źródeł w XIX w.). Na szczęście do akcji wkroczył kapitan George Augustus Graham, Szkot służący w armii brytyjskiej. Był wielkim miłośnikiem psów, zwłaszcza wilczarzy i starał się odtworzyć tą majestatyczną rasę. Odszukał kilka psów, które uważano za ostatnie z linii wielkich wilczarzy irlandzkich (choć nie były już tak potężne i silne jak ich przodkowie) i zaczął je krzyżować z innymi rasami. Głównie były to charty szkockie (deerhoundy) najbardziej podobne do wilczarzy, ale też ogromne charty rosyjskie (borzoje), dogi (których korzenie wywodzą się także od chartów) i mastify tybetańskie. Chodziło głównie o zwiększenie rozmiarów psa i wzmocnienie jego kośćca. Początkowe próby były przyjmowane sceptycznie przez specjalistów, ale z czasem osobniki stawały się coraz bliższe swoim przodkom. Pod koniec XIX wieku stworzono wzorzec rasy, a w 1925 roku klub kynologiczny w Wielkiej Brytanii zarejestrował oficjalnie rasę wilczarza irlandzkiego pieczętując tym samym sukces kapitana Grahama w walce o wskrzeszenie tych majestatycznych psów.

    Istnieją spory czy obecny wilczarz, to ten sam, który stał się obiektem wielu legend i podań, który służył królom i polował na największe zwierzęta. Podobno nie dorównuje mu ani wielkością, ani siłą. Specjaliści potwierdzają jednak, że pochodzi on w prostej linii od swoich przodków. Ciężko sobie wyobrazić psa dużo większego od wilczarza, który i tak należy do największych ras na świecie (kolejne spory, bo wzorzec wzorcem, ale poszczególne osobniki potrafią być potężne, mimo że rekord należy do doga niemieckiego, który ma 111cm w kłębie, to istnieją opisy wilczarzy dochodzących do 120cm. Średnio psy mają od 80-90cm, a suki ok 10cm mniej.)  Bezsprzecznym faktem jest, że rasa ta zapisała się w historii Irlandii i jest tam bardzo ceniona. Można spotkać wiele pomników tych psów, a od początku XX wieku, wilczarze należą do Gwardii Irlandzkiej. Mówi się, że są maskotką, ale oficjalnie mają taki sam status jak żołnierze tej formacji.

irish wolfhound in irish guards

źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Wolfhound_mascot_wb.jpg

irish wolfhound

źródło: http://www.dogwallpapers.net/


Wieczorek autorski 24.01.2014r. – relacja autorstwa JP

Piątek wieczór, na zewnątrz mróz, do Krakowa zawitała zima. Wiem, że w końcu musiało się tak stać, jednak dla mnie zdecydowanie nie jest to ulubiona pora roku i sprzyjające warunki by wysuwać choćby nos z ciepłego domu. Jednak nie miałam wyjścia i musiałam się ruszyć, ponieważ był to wielki dzień mojego ulubionego pisarza i przez przypadek również mojego życiowego partnera ;). Udaliśmy się na jego pierwszy, i mam nadzieję że pierwszy z wielu, wieczorek literacki, na którym miał przybliżyć czytelnikom swoją książkę oraz opowiedzieć o inspiracjach i pracy twórczej. Wieczorek miał miejsce w nowym, bardzo ciekawym miejscu na mapie Krakowa, w Klubo Księgarni na Kazimierzu. W tym miejscu pragnę serdecznie podziękować właścicielce, pasjonatce dobrej literatury  – Sylwii. Miejsce to warte jest odwiedzenia, panuje w nim bardzo ciepły klimat, można usiąść, poczytać, napić się wyśmienitej kawy i znaleźć dla siebie jakąś niezwykłą książkę, której próżno szukać w dużych sieciowych księgarniach.

Jednak wracając do sedna i tego szczególnego wieczoru. Ku naszemu zaskoczeniu czekała już na nas pierwsza fanka, której przed przybyciem nie powstrzymała ani zima, ani nawet zamach na jej życie, a dokładnie mówiąc na jej dłoń (ale to już inna historia). Niedługo po naszym przybyciu zaczęli zbierać się coraz to nowi goście, po chwili wszyscy poustawialiśmy się jakoś w tym małym, kameralnym miejscu i autor przełamując początkową nieśmiałość zaczął odpowiadać na pytania takie jak: Ile trwała praca nad książką? Skąd wzięły się imiona dla bohaterów? Skąd autor czerpał inspiracje? Co poradzić osobom, które chcą zacząć pisać? Oraz mnóstwo innych. Autor odpowiadał, ale nie tak po prostu, rzucając suchymi faktami. Ja, mimo że o książce wiem wszystko, słuchałam jak zaczarowana. Wszystkie odpowiedzi były niezwykle płynne, lekkie, okraszone ciekawymi anegdotami i nieznanymi faktami z różnych dziedzin nauki. Autor wykazał się ogromną wiedzą. Słuchaliśmy o legendach słowiańskich, historii siedmiu kamieni Siwy,  historii Krakowa, burzach magnetycznych, teoriach dotyczących dalszych losów ludzkości i wielu innych niezwykle ciekawych zagadnieniach. Po chwili udało mi się jednak ocknąć, trzeba było zrobić jakieś zdjęcia, i w tym momencie zobaczyłam niezwykle zasłuchane miny innych uczestników spotkania, którzy chłonęli każde słowo prelegenta. Taki obrazek jest chyba najlepszym komplementem dla każdego mówcy.

Gdyby nie to, iż po kolejnej godzinie zobaczyliśmy kątem oka zmęczenie na twarzy naszej przesympatycznej gospodyni, wieczorek prawdopodobnie przeciągnąłby się do późnych godzin nocnych, tyle było pytań oraz chęci w uczestnikach by posłuchać kolejnej anegdoty. Musiał jednak nastąpić jeszcze czas na autografy, dedykacje oraz wymianę myśli między uczestnikami spotkania. Wszyscy jednogłośnie orzekli, iż nie mogą się już odczekać kolejnego takiego wydarzenia i okazji by posłuchać o nowych inspiracjach i planach na kolejne książki. Najlepszym podsumowaniem całego wieczoru, przed wyruszeniem na mróz w drogę powrotną,  były słowa jednej z uczestniczek wieczorku „ Mam ochotę teraz usiąść w fotelu z książką”. Nawet nie przewidziałam, że i dla mnie te słowa okażą się prorocze i spędzę sobotę z książką, pochłaniając słowo pisane.

Autor: JP

Zdjęcia z wieczorku można obejrzeć w galerii >>


Zaproszenie

Witam! Dzisiaj zapraszam na mój pierwszy wieczorek autorski, który odbędzie się 24 stycznia b.r. w Klubo Księgarni na Kazimierzu Krakowie przy ul. Berka Joselewicza 9. Rozpoczęcie o godz. 19:00. Serdecznie zapraszam i czekam na liczne przybycie.


Uruchomienie strony

W dniu dzisiejszym uruchomiono nową stronę autorską Łukasza Tylka.

Wszelkie uwagi dotyczące strony proszę kierować za pomocą formularza kontaktowego.